Sms

July 10th, 2010

Dziś zapisujemy bieżące myśli w telefonach komórkowych.

-Kasiu. Najgorsza rzecz jaką można zrobić, to włożyć bardzo ważną rzecz do kieszonki, do której nigdy niczego się nie wkłada.
-Wyprałeś sobie zaświadczenie o zajebistości?

(Kasi dedykuję..)

25 piętro kukurydzy

May 20th, 2010

…tam byłem ostatnio. Za plastikowymi szkłami ciemnych okularów, które zostawiła kiedyś…gdy się je w pewnych chwilach zakłada, to można być nawet tam, skąd widać całą resztę.

Korzystając z bardzo dogodnej fatalnej sytuacji jestem wreszcie zmuszony poszukać nowego lokum. Wielu już pewnie o tym słyszało wprost przy piwie, albo kasowniku w autobusie (nawet i 2-3 miesiące temu), część jednak będzie zaskoczona. No bo tak, wow, “Tomasz się wyprowadza”.
I wiecie, szukałem sobie murów dających faktycznie poczuć swój mały własny dom. Czegoś w starym budownictwie, w pięknej rozsądnie położonej cegle, czegoś z fajną historią, której odsłuchu nie zagłusza nic w stylu włączonego u sąsiada telewizora, kłótni na przeciwko, ani policji wezwanej przez wrednego sąsiada za byle głośniejsze beknięcie.
No bo tak jest w blokach.

Ale to mi chyba jednak pisane. Rozsądna powierzchnia i impuls zysku z okazyjnej transakcji różnicą kompromisu między starymi sentymentalnymi kątami, a betonem.

Kiedyś w przyszłości, a-a-a a może się trafi jeszcze coś innego.. kiedyś w przyszłości… może się trafi coś lepszego…a może nie koniecznie w przyszłości.. .

(Zresztą; nie zabronię Ci marzyć, bo ja tu tylko sprzątam…)

Ryba symbolem chrześcijan

April 8th, 2010

Witajcie,
Mieliśmy święta wielkanocne (parę dni pracy więcej, bo w końcu wolne od szkoły/uczelni), a skoro się skończyły i zdążyłem je odespać, to machnę tu na szybko dwa trzy słowa ujmujące moje wrażenia ze zmartwychwstania Chrystusa.
Nie da się ukryć, że zasadniczo odczuwałem głównie.. mękę. Cóż, zmartwychwstanie to tu mamy, ale na wynos.
(”a jak chcesz, to w promocji mamy tu kopa w dupę gratis…”)

Całe święta spędziłem w pracy, z czego dwa dni z rzędu po 15 godzin, gdy wpadłem na pomysł dorobienia na myjni samochodowej.

Ale nie o tym.

Co zaobserwowałem. Zaobserwowałem głęboko zakorzenione chrześcijaństwo. Im bliżej zmartwychwstania, tym ludzie bardziej poszczą. Stołując się w jakże postnym McDonald’s, gdzie głupia frykaśna bułeczka potrafi kosztawać i 11 złotych - wybierają kanapkę z rybą! Rybki schodziły w tak zastraszającym tempie, że na bieżąco smażyliśmy po 10 na wyrost. Dla porównania w dzień powszedni rybek nie smaży się w ogóle, a w piątki czeka około jedna. Tak, McDonald’s też potrafi się uświątecznić, idzie za przykładem najlepszych uczniów Jezusa, którzy przecież z połowu żyli.

Reasumując - Polacy zakorzenieni w tradycjach szukają balansu między życiem domu i miasta; miejscami to takie “JP na 50%, bo trochę się boję”. Poposzczę, ale popojem. ;-)
A mnie przeraża tylko to, że ja znowu o tym durnym Mac’u piszę.
Czas zmienić pracę.
Szybki wpis, kropka…

Let the sun shine in your heart

March 16th, 2010

(always the sun, always the sun...)

Tu i teraz, bo przypadkiem zaczyna się wiosna.

24/7

February 24th, 2010

Ja i...

7 lat temu zaczynałem kłaść podwaliny pod moje życie towarzyskie. Miałem wtedy 17 lat, chodziłem do liceum, byłem członkiem zhp. Coraz bardziej interesowałem się ludźmi na około, poznawałem tych i owych i zaczynało mieć to dla mnie faktyczne znaczenie. Można powiedzieć, że zaczynała się wtedy moja młodość.

Jeśli ktoś śledzi to, co tutaj piszę, to wie, że mijające lata jeden po drugim nie zawsze są powodem do radości, ponieważ czasami wydaje nam się, że mijają w zbyt szybkim tempie i z czymś nie zdążyliśmy. Boimy się, że hoho, lat 24, to już nam młodość przemija, że się starzejemy, że coś w naszym życiu się kończy. Poza wrażeniem utraty kilku lat życia i związanych z tym możliwości boimy się głównie utracić tę błogą młodzieńczą beztroskę, która niewątpliwie jest jedną z najważniejszych wczesnożyciowych atrakcji. Abstrahując od faktu, że minimalnie przesadzamy ze swoimi odczuciami, od tego że bojąc się nieznanej i poważnie brzmiącej liczby 24 nieświadomie próbujemy czuć się starsi, niż czujemy się faktycznie - przeżywamy to, przeżywamy i nas boli. Nasze myśli mówią nam “popatrz, to koniec” i odcinając się od rzeczywistości nie potrafimy nie przyznać im racji.

Jako, że i mnie nieobce były opisane wyżej rozterki - bałem się nadchodzącego 24 lutego 2010. Bałem się, że urodziny nie przyniosą mi tyle radości, by przeważyć poczucie niewykorzystania poprzednich lat. W końcu tak wiele chciało się zrobić za młodu, a tak niewystarczająco wiele się dotychczas zrobiło…

Decydując się na spędzenie choćby części swoich urodzin w Warszawie spędziłem ładnych parę godzin w różnej maści pociągach. Sunąć przez okrytą zmrokiem Polskę w to jednym, to drugim pospiesznym i słuchając odpowiedniej muzyki zacząłem sobie wszystko układać w głowie. Jestem melopatą, nie ukrywam. Dobrana tak czy inaczej muzyka wpływa drastycznie na mój nastrój i tok myślenia, nie mniej w ten wieczór muzykę miałem dobraną idealnie. Tak dzięki niej jak i motywowi podróży “w przyszłość” udało mi się szybko rozliczyć z samym sobą i łatwiej strawić to, że od 5 lat robię to co mi się podoba i niekoniecznie wystawiam temu później dobrą ocenę. Łatwiej było mi zrozumieć, że 24 lata to nie koniec i że nic tak na prawdę się nie zmienia. Wciąż mam wiele przed sobą, cały czas mogę zajmować się tym, co uważam w danej chwili za słuszne i nie znaczy to, że jako przykładowo 21 latek przeżyłbym to bardziej i lepiej. Wciąż mam ogrom możliwości, wciąż rodzi się we mnie taka sama energia by je wykorzystywać. Wciąż nie muszę rezygnować z poczucia świętego spokoju i wolności wyboru między obowiązkiem i szaleństwem.

To co się dzieje tu i teraz jest najważniejsze i wciąż ma znaczenie dla mojej przyszłości.
Nie zamykam się w tym, co już przeżyłem i w tym co zmarnowałem.
Cały czas jestem.
24/7.
Banalne.
I każdemu niezbędnie potrzebne.

Łączmy się w pary, kochajmy się…

February 14th, 2010

Praca w restauracji McDonald’s typu “drive” niesie ze sobą dodatkowy oczywisty segment stanowisk pracy: tak zwany Drive (eureka). Zajęcie polegające na przyjmowaniu zamówień od kierowców przez noszone na uszach radyjko i późniejszym ich wydawaniu przez okienko daje możliwość przyjrzenia się stylowi podróży ludzi. W tym również tych połączonych więzami rodzinnymi.

Dziś walentynki. Pracując po raz trzeci w życiu na linii samochodowej, przy niewielkim ruchu, jak i niewielkim kacu dającym mi przyjemny dystans do rzeczywistości, skupiłem się na relacjach damsko-męskich i zaobserwowałem pewne notoryczne zjawisko, które rozbawiło mnie ze względu na mój osobisty stosunek do prokreacji. Mianowicie, pary posiadające kilkuletnie dziecko nie jeżdżą w komplecie na przednich siedzeniach. Na tym etapie tatuś prowadzi sobie samochód, a mamusia z dzieckiem siedzi z tyłu, żeby dziecko nie daj Boże nie wyskoczyło przez okno, albo nie popełniło innej głupoty.

Dziecko.

Dziecko jest najważniejsze! Ludzie się w sobie zakochują, cieszą się życiem i w pewnym momencie puszczają im hamulce, po czym pojawia się ta trzecia osoba. Świat zaczyna kręcić się w okół potomka; kobieta nie jest już ze swoim mężczyzną, ale ląduje z dzieciakiem na tylnej kanapie, dogadzając mu kurczaczkami, fryteczkami i głupią zabawką - darem od dzieci z południowej Azji. Zdarza się, że sytuacja jest odwrotna i z tyłu ląduje tatuś. Urocze.

Dodatkowym smaczkiem całej obserwacji jest nomenklatura stanowisk pod złotymi łukami. Przy drive’ie może pracować sobie “runner”, “prezenter”… ale najważniejsza w tym całym systemie osoba, która jest tam zawsze i pracuje nierzadko sama, to “matka”. ;-)

.
- A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców,
a tych domów by tu wczoraj jeszcze nie było.
A dzisiaj już by były.
To Wy byście staruszkę przejechali, tak?
A TO BYĆ MOŻE WASZA MATKA!
- Jak ja mogę przejechać matkę na szosie,
jak moja matka siedzi z tyłu… ?

.

Otóż to. Matka siedzi bezpiecznie z tyłu i tam karmi swoją niezależność. A ja pozdrawiam was serdecznie ze świata, w którym wyżej opisane określenie stanowiska jest jedynym pomostem łączącym mnie z produkcją dzieci - tu produkuje się prawdziwe cheeseburgery.
Po 3 złote.

.
MATKA SIEDZI Z TYŁU, TAK POWIEDZIAŁ!!!
.

Co można upiec na elektrycznym grillu

January 31st, 2010

Na dachu McD..
(mam taki głupi wyraz twarzy, bo mnie razi w oczy ta lampa)

Pojęcie “Pracownik restauracji”, którym sygnowane jest moje stanowisko w McDonald’s jest pojęciem dosyć szerokim. Przekonuję się o tym, szumnie mówiąc, od lat. Kiedy 3 lata temu poddawałem się zadaniom wyznaczonym przez złotego cielca zaznawałem nie tylko składania bułek i podawania ich klienteli…

Przykład - proszę bardzo. 3 lata temu w pracowniczych ciuszkach korzystałem przykładowo z dobrodziejstw silnej psychy i zapuszczałem się tam, gdzie nawet Ronald nie mógł. W piwnicznych odmętach znajdowało się jedno takie pomieszczenie, które nie było ładnie oświetlone, wyłożone kafeleczkami i sterylnie utrzymywane bez grama syfu i innych nieprawidłowości. Za typowymi stalowymi drzwiami nagle otwierała się zatęchła, częściowo oświetlona mdłą żarówką (a w większości w ogóle nieoświetlona) mroczna, ceglana, wilgotna piwnica nazywana potocznie “Szczurownią”. Nie bez powodu nosiła taką ksywkę, ale i do McD nie należała, to i gówno można było zrobić.
W szczurowni zaczyniał się inny świat i to nie tylko dlatego, że McD korzystało z tamtego miejsca nie do końca oficjalnie, wykorzystując po prostu infrastrukturę budynku za uprzejmością tych, którzy jej akurat nie wykorzystywali. Inność doznań wynikała przede wszystkim stąd, że poza składem makulatury i folii znajdowały się tam elementy dawnego wystroju, walały nieużywane od wielu lat kasy fiskalne, archiwalne papiery, starego typu dystrybutory napojów i różne inne pasjonujące rzeczy, przenoszące nas na chwilę w czasie o 5-10 lat… Do dziś na przykład jestem w posiadaniu dwóch przefajnych guzików, stosowanych lata temu na restauracjach typu “Drive”.
Poza melancholią, zapachem stęchlizny i cichymi szelestami buszujących gryzoni, mroczne przestrzenie szczurowni zionęły nieskończenie czarnymi odmętami przejść do innych, jeszcze bardziej nieprzyjaznych jej pomieszczeń, a to z zadziwiającą skutecznością łamało rozum, rodząc w nim koszmarne wizje i kazało szybko wracać na powierzchnię. Szczurownia była chłodna, cicha i odludna, ale nie pozwalała się specjalnie zrelaksować. Człowiek cieszył się, że robi coś innego niż zazwyczaj, ale ulgę odczuwał dopiero opuszczając tamto miejsce, po przykładowej godzinie robienia porządku ze składowaną górą kartonów.

A Tomek ogrodnik? Taaak… centrum miasta, dookoła mrowie ludzkie krzątało się w zgiełku, a ja w pracowniczych ciuszkach grzebałem się w najlepsze w piaskownicy dla dorosłych. Wyrywałem chwasty, reperowałem płotek i usypywałem na około roślinek ściółkę ze świeżej kory. To w sam raz było odprężające od samego początku do samego końca - ogromnie to lubiłem. Towarzyszący mi dookoła tłum jedynie podkreślał moje poczucie świętego spokoju. Oni zapierdalali każdy w swoim kierunku, a ja w ciepłych promieniach słońca otaczałem opieką przynależną nam florę… Odskocznia od monotonnego nabijania zamówień była, jest i zawsze będzie bardzo istotna dla zachowania pełni zdrowia psychicznego. Monotonia bowiem nigdy nie jest dobra, nawet jak ma napisane “I’m lovin’ it”.

Dziś mamy rok 2010. Znów pracuję w McDonald’s, tyle że nie tym samym. Wczoraj i przedwczoraj spędziłem łącznie 6 godzin na odśnieżaniu dachu. Tak jak 3 lata temu nie miałem doświadczenia w ogrodnictwie, tudzież w jaskiniowych ekspedycjach, tak i dzisiaj bez badań wysokościowych zasuwam se; wyszkolony na kuchni i kasach “czerwony”…

Ręce i plecy bolą, ale wiecie co?
Teraz też jest fajnie. :-)

Dwa bieguny

January 24th, 2010

(łono natury, piękna zima, poranek, mgiełka)

Najcieplej jest wtedy, gdy bonusowo dostajesz głupi deser na koniec dnia pracy. Gdy żegnasz lubianych ludzi, ciesząc się, że jutro znów się spotkacie i będziecie przerzucać uprzejme słowa przez bariery pracowniczych formalności. Ciepło odczuwasz, gdy wracasz do szatni, żeby się przebrać i odpinasz od prostownika bulgoczący, naładowany akumulator samochodowy, zapewniający spokojny powrót do domu…

…Gdy ów akumulator montujesz z powrotem do auta, między północą a pierwszą. Gdy każdy podmuch wiatru łamie się na pół, bo zamarzło nawet powietrze. Gdy na tym tęgim mrozie grzebiesz pod maską z promieniem chłodnego światła latarki w zębach i małym regulowanym kluczykiem w dłoni, który i tak nie chce się zmieścić w niegościnnych zakamarkach auta. W dłoni, której zmęczone pracą koniuszki palców grabieją od zimna i zaczynają boleć. Gdy skrobiesz wewnątrz auta oszronione szyby, robiąc z niego jedyne w okolicy miejsce, w którym pada śnieg. Gdy przekręcasz kluczyk, chcesz odpalić silnik i nagle okazuje się, że nie ma zapłonu. A Ty jesteś tak samo pewny, że nie mogłeś niczego popsuć jak tego, że do domu jest całe 10 km.

Wtedy jest najzimniej.

Ciśnienie w oponach

January 18th, 2010

Zakaz to zakaz...

Kiedy jest się w posiadaniu samochodu, można z pewną dokładnością określić różne związane z nim wartości liczbowe. Można na przykład sprawdzić ile samochód zużywa paliwa na 100 km, jaką osiąga maksymalną prędkość, lub też ilu pijanych kumpli zmieści się w środku. Dziś zajmiemy się jednym z tego typu zagadnień i dowiemy się jak bardzo irytujący może być dzisiejszy główny wątek, czyli “czynnik PSI” (oczywiście ten od psa), dla którego wyjaśnienia przytoczę moje drogowe perypetie z ostatnich tygodni.

Na początku grudnia zeszłego roku psim swędem wytargałem za kwotę 400 złotych całkiem nieźle utrzymanego Fiata 126p, rocznik 1978. Zatrudniając się na nowo w budce z prawdziwymi cheeseburgerami, nazywającej się McDonald’s, musiałem skołować sobie taki tani środek transportu. Nowo postawiona budka stoi bowiem przy autostradzie i trzeba do niej jakoś dojechać. Ale my nie o tym.
Poruszanie się takim czerwonym pociskiem wiąże się z pewnym specyficznym zjawiskiem, otóż z jakiegoś powodu małe fiaty są podejrzane. Ustawiczne kontrole policyjne doprowadzają mnie chwilami do rozpaczy. Gdy widzę policjanta, to dostaję na dzieńdobry gęsiej skórki, gdyż odczuwam wiszące w powietrzu zainteresowanie służbowe.
A oni to różni są..
Raz trafisz na normalnego gościa, który sprawdzi szybko dokumenty, przymknie oko na pierdoły i puści Cię dalej, żeby nie zawracać Ci głowy i samemu zająć się ważniejszymi rzeczami, a czasem trafisz na PSA, który dopierdoli się do czegokolwiek, byle się tylko pochwalić, że przecież ma blaszaną odznakę i bloczek dokumentów ścisłego zarachowania. I czynny długopis.
Fiat 126p zaufania aparatu policyjnego najwyraźniej nie wzbudza, bo kontrole przytrafiają mi się zaskakująco często, w porównaniu z samochodami i latami ubiegłymi. Nigdy nie miałem wyników choćby zbliżonych do tego, co dzieje się obecnie. Na przestrzeni 1,5 miesiąca, od kiedy to poruszam się czerwonym maluchem, policja trzepała mi dokumenty już 4 razy. Za każdym razem trwa to i trwa i trwa i trwa… spieszysz się do pracy, czy gdzieś indziej, a do tego nigdy nie wiadomo co Ci powiedzą.

Raz nawet, to mnie niemal aresztowano. ;-)
Za co? Za nic. Za brak zapiętych pasów bezpieczeństwa.

Jako osoba nie posiadająca od pewnego czasu stałego miejsca zameldowania z przyczyn migracji mieszkaniowych jestem narażony (jak się okazuje) na fatalne nieprzyjemności. Wracam sobie proszę państwa spokojnie z dworca pkp, wjeżdżam na niezbyt ruchliwą brukowaną uliczkę w okolicy mojego domu i nagle z między samochodów wyskakuje mię na drogę pies. Mruga krwawo czerwonym oczkiem i merda ogonem, że mam zjechać gdzieś na bok.
Gdy idziesz przez podwórko i rzuca się na Ciebie luzem chodzący mały burek, to znaczy że ma wyjątkowy powód. Musisz strasznie śmierdzieć.

Nie inaczej jest z policją. Typowi “krawężnicy”, czyli prewencja patrolująca pieszo ulice nie interesuje się ruchem drogowym, jeśli nie ma wyraźnego powodu, lub po prostu nie uczestniczy w jakiejś szczególnej akcji poszukiwania złoczyńcy. Nie inaczej było tamtego dnia. Poszukiwano pojazdu zgodnego z takim a nie innym rysopisem i najwyraźniej się kwalifikowałem. Z radia policjanta dochodziły nawet świeże informacje dotyczące akcji, która to akcja kręciła się w okół jakiejś kradzieży.
Prawda, dobrze, że policja rozstawiła patrole i wyczuliła na to i owo, ale mniej dobrze, że patrole nie zajmowały się do końca tym czym powinny. Nie wiem czy za wyniki mandatowe policjanci dostają premie, ale tamci poszukiwacze zaginionych przedmiotów nie omieszkali zwrócić uwagi na brak zapiętych pasów i na 20 minut przerwać uczestnictwa w akcji celem wypisania mi mandatu na kwotę 100 złotych i paru punktów karnych. Całkowicie przypadkowo miałem przy sobie tę setkę.
Której bardzo potrzebowałem.
I byłem potem bardzo zły.
I na nich.
I na siebie.
Jak już wspomniałem, nie mam aktualnie stałego miejsca zameldowania i tu śpieszę wyjaśnić problem.
Za sam brak meldunku nikt mi nic nie zrobi. Nie zrobi, dopóki nie zrobię czegoś JA. Gdy nie trafię papierkiem do kosza, lub gdy przejdę przez pustą ulicę na czerwonym świetle, to lepiej, żeby żaden funkcjonariusz tego nie widział. W mojej sytuacji mam dwa wyjścia, płacę na miejscu (mandat gotówkowy, czujecie? Kiedy to było…), albo przysługuje mi areszt oraz sąd w trybie 24 godzinnym. Państwo nie może wypisać mi mandatu kredytowego, bo nie wie skąd go potem w razie czego ściągać.

Reasumując, gdy trafiamy na policję, to jest jeszcze ok, ale gdy trafimy na takiego “psa”, to możemy się na miejscu spłukać, albo wyspać na pryczy, jeśli nie posiadamy na podorędziu wypisanej w kwitku kwoty. Wczoraj znów miałem kontrolę, bo akurat 2 policjantów coś tam podejrzewało, gdy odwoziłem kumpli do domu. Znów siedziałem i czekałem na słowa w rodzaju “A gdzie pan mieszka…”. Panowie wyjątkowo nie sprawdzili mojego peselu, ale i tak z biegiem tygodni napięcie wzrasta.

A może wrócimy do tematu? Ów czynnik PSI to po prostu liczba kontroli policyjnych na rok. W zależności od tego, jak bardzo wyróżniającym samochodem się poruszasz, tak wysoko on sięga. Jeśli zachowam aktualne tempo, to do grudnia PSI zbierze rzetelnie zmierzony roczny odczyt o wartości około 40, przy czym, gdy jeździłem innymi samochodami nigdy nie wykroczyłem ponad 4-5… Maluch w dzisiejszych czasach, to najwyraźniej motoryzacyjny okaz. Ulubieniec polskiej policji.

Notki być może w ogóle bym nie napisał, gdyby nie fakt widoczny na zdjęciu, które widzicie u samej góry. Wracam sobie do domu piechotą, a tu co? Ni z tego ni z owego, tuż koło mojego pięknego wozu widnieje wbity w śnieg, kradziony gdzieś ciemną weekendową nocą znak parkowy “ZAKAZ WYPROWADZANIA PSÓW”. No jak w mordę strzelił pasuje! :]

Uznałem to za znak od niebios, być może mają nadejść lepsze dni.
A sam dar oczywiście zabrałem do domu.

Fast Forward

December 30th, 2009

Widzisz.
Żyjesz sobie, wszystko pięknie ładnie, dzień za dniem. Każdy z nich mówi Ci pod koniec, że właśnie go pomyślnie zakończyłeś; w końcu jesteś w stanie wyartykułować takie zdanie…

-Gówno
Powtórzysz to 730 razy i nagle okazuje się, że minęły 2 lata. 2 pierdolone lata!
Ile ich masz za sobą? Bo ja mam 24. Prawie. Brakuje mi do ich ukończenia niecałych dwóch miesięcy.
I wiesz co sobie uświadomiłem dzisiaj? Właśnie dzisiaj? Dzisiaj dotarło do mnie…

…że się starzeję.
Śmieszne, nie? No pewnie. Przecież dalej jestem u progu życia, rzekłbyś.
Jednak co się robi mając 24 lata? Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie znam praktycznie w ogóle 24 letnich ludzi. Albo zupełnie w ogóle. Nie wiem co robią, czym się zajmują i co sądzą o swoim życiu, jakie widzą przed sobą perspektywy, nie wiem nawet jakie mają plany na wieczór. Mam wrażenie, że bycie 24 latkiem jest końcem młodości. Jako 19-sto latka nie wzruszały mnie liczby do 4 w górę, obrałem sobie jako “spoko” bycie 20-sto, 21, 22 i 23 latkiem. 24 jednak pozostało enigmatycznym stanem, z którym dla bezpieczeństwa nie spotkania się z ciężkim zawodem wciąż kojarzą się tylko negatywne sformułowania. 2 lata temu miałem lat 21… młodziak, rzekłbyś. Idzie sobie tą samą co zwykle alejką drzew i na głowę padają mu albo suche liście, albo świeży śnieg. Ledwie zaczął właściwe studia i nigdzie mu się jeszcze nie spieszy.

“Pstryk” -dwa lata. Dziś też pada śnieg. Każdy płatek spotyka się z którymś z włosów jego gołej głowy, a głowa doznaje z każdym z nich kolejnej paranoi. Z każdym płatkiem uświadamia sobie kolejne szanse, których nie wykorzystał jej właściciel. Było parę tych szans; płatki, tak wiele płatków…

Wracałem dziś tą aleją, po trzech piwach, w tym dwóch mocnych. Teraz nawet ja czytając to zdanie mógłbym powiedzieć: Bredzę, piłem. Nie mniej przez ostatnie dwa i pół roku poznałem osobę, która powiedziała mi jedną z nielicznych rzeczy, które uważam w tej chwili za sensowne:
“Alkohol nie powoduje, że ludzie pieprzą od rzeczy i wymyślają. Alkohol powoduje, że ludziom puszczają hamulce i wtedy mówią i myślą o rzeczach, których po prostu na trzeźwo nie odważyliby się wyartykułować.”.

Otóż właśnie. Dziś odważyłem się pomyśleć, że troszeczkę w życiu przepierdoliłem. …albo ta osoba nie miała nawet tej racji i o to się teraz modlę.
Tak - czy inaczej - dobranoc, czas wytrzeźwieć.