
Kiedy jest się w posiadaniu samochodu, można z pewną dokładnością określić różne związane z nim wartości liczbowe. Można na przykład sprawdzić ile samochód zużywa paliwa na 100 km, jaką osiąga maksymalną prędkość, lub też ilu pijanych kumpli zmieści się w środku. Dziś zajmiemy się jednym z tego typu zagadnień i dowiemy się jak bardzo irytujący może być dzisiejszy główny wątek, czyli “czynnik PSI”, dla którego wyjaśnienia przytoczę moje drogowe perypetie z ostatnich tygodni.
Na początku grudnia zeszłego roku psim swędem wytargałem za kwotę 400 złotych całkiem nieźle utrzymanego Fiata 126p, rocznik 1978. Zatrudniając się na nowo w budce z prawdziwymi cheeseburgerami, nazywającej się McDonald’s, musiałem skołować sobie taki tani środek transportu. Nowo postawiona budka stoi bowiem przy autostradzie i trzeba do niej jakoś dojechać. Ale my nie o tym.
Poruszanie się takim czerwonym pociskiem wiąże się z pewnym specyficznym zjawiskiem, otóż z jakiegoś powodu małe fiaty są podejrzane. Ustawiczne kontrole policyjne doprowadzają mnie chwilami do rozpaczy. Gdy widzę policjanta, to dostaję na dzieńdobry gęsiej skórki, gdyż odczuwam wiszące w powietrzu zainteresowanie służbowe.
A oni to różni są..
Raz trafisz na normalnego gościa, który sprawdzi szybko dokumenty, przymknie oko na pierdoły i puści Cię dalej, żeby nie zawracać Ci głowy i samemu zająć się ważniejszymi rzeczami, a czasem trafisz na PSA, który dopierdoli się do czegokolwiek, byle się tylko pochwalić, że przecież ma blaszaną odznakę i bloczek dokumentów ścisłego zarachowania. I czynny długopis.
Fiat 126p zaufania aparatu policyjnego najwyraźniej nie wzbudza, bo kontrole przytrafiają mi się zaskakująco często, w porównaniu z samochodami i latami ubiegłymi. Nigdy nie miałem wyników choćby zbliżonych do tego, co dzieje się obecnie. Na przestrzeni 1,5 miesiąca, od kiedy to poruszam się tym czerwonym pociskiem, policja trzepała mi dokumenty już 4 razy. Za każdym razem trwa to i trwa i trwa i trwa… spieszysz się do pracy, czy gdzieś indziej, a do tego nigdy nie wiadomo co Ci powiedzą.
Raz nawet, to mnie niemal aresztowano. ;-)
Za co? Za nic. Za brak zapiętych pasów bezpieczeństwa.
Jako osoba nie posiadająca od pewnego czasu stałego miejsca zameldowania z przyczyn migracji mieszkaniowych jestem narażony (jak się okazuje) na fatalne nieprzyjemności. Wracam sobie proszę państwa spokojnie z dworca pkp, wjeżdżam na niezbyt ruchliwą brukowaną uliczkę w okolicy mojego domu i nagle z między samochodów wyskakuje mię na drogę pies. Mruga krwawo czerwonym oczkiem i merda ogonem, że mam zjechać gdzieś na bok.
Gdy idziesz przez podwórko i rzuca się na Ciebie luzem chodzący mały burek, to znaczy że ma wyjątkowy powód. Musisz strasznie śmierdzieć.
Nie inaczej jest z policją. Typowi “krawężnicy”, czyli prewencja patrolująca pieszo ulice nie interesuje się ruchem drogowym, jeśli nie ma wyraźnego powodu, lub po prostu nie uczestniczy w jakiejś szczególnej akcji poszukiwania złoczyńcy. Nie inaczej było tamtego dnia. Poszukiwano pojazdu zgodnego z takim a nie innym rysopisem i najwyraźniej się kwalifikowałem. Z radia policjanta dochodziły nawet świeże informacje dotyczące akcji, która to akcja kręciła się w okół jakiejś kradzieży.
Prawda, dobrze, że policja rozstawiła patrole i wyczuliła na to i owo, ale mniej dobrze, że patrole nie zajmowały się do końca tym czym powinny. Nie wiem czy za wyniki mandatowe policjanci dostają premie, ale tamci poszukiwacze zaginionych przedmiotów nie omieszkali zwrócić uwagi na brak zapiętych pasów i na 20 minut przerwać uczestnictwa w akcji celem wypisania mi mandatu na kwotę 100 złotych i paru punktów karnych. Całkowicie przypadkowo miałem przy sobie tę setkę.
Której bardzo potrzebowałem.
I byłem potem bardzo zły.
I na nich.
I na siebie.
Jak już wspomniałem, nie mam aktualnie stałego miejsca zameldowania i tu śpieszę wyjaśnić problem.
Za sam brak meldunku nikt mi nic nie zrobi. Nie zrobi, dopóki nie zrobię czegoś JA. Gdy nie trafię papierkiem do kosza, lub gdy przejdę przez pustą ulicę na czerwonym świetle, to lepiej, żeby żaden funkcjonariusz tego nie widział. W mojej sytuacji mam dwa wyjścia, płacę na miejscu (mandat gotówkowy, czujecie? Kiedy to było…), albo przysługuje mi areszt oraz sąd w trybie 24 godzinnym. Państwo nie może wypisać mi mandatu kredytowego, bo nie wie skąd go potem w razie czego ściągać.
Reasumując, gdy trafiamy na policję, to jest jeszcze ok, ale gdy trafimy na takiego “psa”, to możemy się na miejscu spłukać, albo wyspać na pryczy, jeśli nie posiadamy na podorędziu wypisanej w kwitku kwoty. Wczoraj znów miałem kontrolę, bo akurat 2 policjantów coś tam podejrzewało, gdy odwoziłem kumpli do domu. Znów siedziałem i czekałem na słowa w rodzaju “A gdzie pan mieszka…”. Panowie wyjątkowo nie sprawdzili mojego peselu, ale i tak z biegiem tygodni napięcie wzrasta.
A może wrócimy do tematu? Ów czynnik PSI to po prostu liczba kontroli policyjnych na rok. W zależności od tego, jak bardzo wyróżniającym samochodem się poruszasz, tak wysoko on sięga. Jeśli zachowam aktualne tempo, to do grudnia PSI zbierze rzetelnie zmierzony roczny odczyt o wartości około 40, przy czym, gdy jeździłem innymi samochodami nigdy nie wykroczyłem ponad 4-5… Maluch w dzisiejszych czasach, to najwyraźniej motoryzacyjny okaz. Ulubieniec polskiej policji.
Notki być może w ogóle bym nie napisał, gdyby nie fakt widoczny na zdjęciu, które widzicie u samej góry. Wracam sobie do domu piechotą, a tu co? Ni z tego ni z owego, tuż koło mojego pięknego wozu widnieje wbity w śnieg, kradziony gdzieś ciemną weekendową nocą znak parkowy “ZAKAZ WYPROWADZANIA PSÓW”. No jak w mordę strzelił pasuje! :]
Uznałem to za znak od niebios, być może mają nadejść lepsze dni.
A sam dar oczywiście zabrałem do domu.